Niektórzy uważają, iż elfy były jedną ze Starych Ras, przybyłą na swoich białych okrętach o wiele wcześniej niż ludzie. Elfy były długowieczne i niezmiennie piękne, ich twarze były z reguły szczupłe i wyraziste. Rasę ową charakteryzował również wzrost. Elfy były bardzo wysokie i miały szczupła budowę ciała. Były najlepszymi łucznikami, jakich kiedykolwiek nosiła Ziemia. Elfiej rasie z łatwością przychodziły praktyki magiczne, były wręcz naturalnie przystosowani do magii, dlatego kiedyś elfi czarodzieje byli bardziej szanowani i uznawani od ludzkich. Znakami wyróżniającymi były szpiczaste uszy i drobne, pozbawione kłów równe zęby. Większość elfów, nosiła długie, proste i lekko podkoloryzowane warkoczami fryzury. Odnosiły się z ogromną pogardą do ludzi, wielu z nich szczerze nienawidziła naszej rasy za zbrodnie naszych praprzodków. Nie były wylewne, nie okazywały bezpośrednio uczuć. Wśród ludzi panowało przekonanie, że elfy w ogóle nie płaczą.
Historia, której dotyczyć będzie ten kesz wydarzyła się podobno kiedyś w gęstych lasach, na które wskazują współrzędne. Było to jeszcze w czasach kiedy na świecie żyły jeszcze smoki, strzygi i upiory, a nieliczni wciąż trudniący się prastarym fachem Wiedźmini przemierzali świat w poszukiwaniu okazji do niełatwego i niewielkiego zarobku.
Lasy te stanowiły kiedyś część posiadłości księcia Raleigh, który codziennie polował wraz ze swoimi ludźmi na bażanty, dziki, sarny oraz... elfy!
Tak, książę nienawidził tych istot, gdyż niezmiernie zazdrościł im ich umiejętności magicznych oraz pięknej muzyki jaką potrafili grać na swoich zaczarowanych fletach. Podobno były to dźwięki tak piękne, iż przypisywano im wręcz magiczne moce i mówiono, że elfia muzyka potrafi leczyć chorych, a nawet wskrzeszać umarłych.
Książę, który od dzieciństwa nie potrafił nauczyć się grać na żadnym instrumencie, nienawidził tej pradawnej rasy tak bardzo, iż bez wahania mordował każdego elfa, który tylko pojawił się w jego polu widzenia.
Pewnego kwietniowego poranka młody elf Finrod Tasardur wędrował przez wiosenny las ze swą ukochaną Ireth Carnesîr. Byli w siebie tak zapatrzeni (w końcu poznali się dopiero 50 lat wcześniej), iż nie zwrócili uwagi, kiedy przekroczyli bezpieczną odległość od posiadłości Raleigh'a.
Pech sprawił, iż zostali oni wypatrzeni przez zwiadowców polującego niedaleko księcia i już po kilku chwilach, spłoszeni szczekaniem psów i nawoływaniem gwardzistów, musieli przeskakiwać z drzewa na drzewa uciekając (elfy potrafiły niezmiernie szybko i zwinnie poruszać się w koronach drzew) przed goniącymi ich ludźmi Ralegigh'a oraz księciem we własnej osobie.
Pogoń nie trwała długo - po chwili Ireth usłyszała świst przelatującej tuż obok niej strzały wystrzelonej prawdopodobniej z kuszy samego księcia. Strzała z głuchym trzaskiem przebiła klatkę piersiową Finroda i utkwiła w samym sercu.
Finrod spojrzał na nią po raz ostatni swoimi wielkimi, elfimi oczyma, zachwiał się, stracił równowagę i runął z kilkunastu metrów na ściółkę leśną. Ireth nie czekała. Szybko zeskoczyła za nim z sosny, na której jeszcze przed chwilą oboje przebywali. Unikając nadlatujących cały czas w ich kierunku strzał pochyliła się nad ukochanym, która najwyraźniej już nie żył i z nienawiścią oczach, gwałtownie odwróciła się w kierunku napastników. Nie zważając wystrzeliwane w jej kierunku strzały, nieprawdopodobnie szybko jak na byt posiadający przecież całkiem niemałe ciało, przeskakując od pnia do pnia doskoczyła do księcia.
Tego dnia gwardziści byli zbyt wolni - Ireth przegryzła gardło księcia, który w ostatnich konwulsjach osunął się z konia i upadł na ziemię. Następnie unieszkodliwiła resztę, nierozumiejących jeszcze co się dzieje prześladowców i upewniwszy się, iż wszyscy są martwi biegiem powróciła do leżącego nieopodal ciała swojego ukochanego.
Aby nie narażać się na kolejne ataki oraz uniknąć konfrontacji z grasującą w okolicy watahą olbrzymich wilków, które to zwabione zapachem świeżej krwi, niedługo pewnie pojawi na miejscu stoczonej przed chwilą walki, używając całych swoich sił wciągnęła ciało Finroda do korony pobliskiego drzewa.
Uczono ją kiedyś odpowiednich zaklęć, wiedziała co powinna zrobić. Wpierw używając swoich szczupłych palców niezmiernie delikatnie spróbowała usunąć z ciała ukochanego strzałę. Niestety pomimo ostrożności, żelazny grot złamał się i jego fragmenty pozostawał głęboko w ciele ukochanego. Szczęśliwie elfka przypomniała sobie o magicznym fragmencie czarnego metalu, który otrzymała kiedyś od kapłanek w świątyni Irhee w dalekim kraju Izmianu. Z przytroczonej do pasa sakiewki wyciągnęła wspomniany przedmiot. Przy jego pomocy udało jej się bez problemu oczyścić ranę z pozostających w nich fragmentach żelaza, jednak niezmiernie się przy tym irytowała - czarny metal oddziaływam także z metalowymi fragmentami jej odzieży, czyniąc całą operację jeszcze trudniejszą.
Po oczyszczeniu rany przyszła pora na sprawdzenie staroelfickiej metody wskrzeszania zmarłych. Przystawiła do ust przewieszony do tej pory na plecach flet, który otrzymała dawno temu od swojej matki. Instrument ten przebywał w jej rodzinie od tysięcy lat, a dawno temu matka jej matki wielokrotnie opowiadała jak przy jego pomocy ratowała zdrowie, a nawet życie elfów walczących w bitwie o Validor.
Próbując przypomnieć sobie melodię najbardziej odpowiednią do sytuacji, przystawiła instrument do ust i z zaczęła delikatnie w niego dmuchać. Niestety, instrument nie generował żadnego dźwięku!
Przerażona odjęła flet od ust, zerknęła z przerażeniem na korpus swojego ukochanego oraz na instrument, na którym tak bardzo się zawiodła. Gdyby mogła rozpłakałaby by się w wtenczas z bezsilności, płacz jednak nie leżał w zwyczaju elfów.
Nie wiedząc co się dzieje zaczęła ostrożnie lustrować trzymany w rękach przedmiot i ku swemu jeszcze większemu przerażeniu odkryła, iż jest on zatkany! Musiała uderzyć nim o ziemię podczas odbytej niedawno walki. Nie miała przy sobie niczego co mogło pomóc jej w przeprowadzeniu niezbędnej naprawy.
Zostawiła ukochanego. Delikatnie i prawie bezszelestnie - aby nie zwrócić na siebie uwagi, przybyłych na miejsce i rozrywających resztki gwardzistów wilków - zeskoczyła z powrotem na ziemię i biegiem pobiegła w kierunku leżącego nieco na wschodzie strumienia.
W strumieniu tym, żyło sporo ryb - nic dziwnego, ludzie nie odkryli jeszcze zbawiennego wpływu kwasów omega3 na intelekt i nie mordowali masowo tych cudownych - jak myślało o rybach Ireth - stworzeń, w celu odnalezienia ukrytych w okolicznych lasach ogromnych skarbów.
Elfka nie namyślała się długo. Włożyła flet do strumienia i używając świeżej wody wypłukała wszelkie zanieczyszczenia. Krótkim dmuchnięciem sprawdziła poprawne funkcjonowanie instrumentu i szybkimi susami powróciła na drzewo, na którym dalej spoczywał jej ukochany.
Stanęła na najwyższej gałęzi ów rośliny (elfy miały także nieprzeciętny dar utrzymywania równowagi) i używając wszystkich swych talentów zaczęła grać najpiękniejsza muzykę, jaką kiedykolwiek do tamtej oraz od tamtej pory słyszały te lasy.
[fragment rekonstrukcji ów utworu - KLIK]
Gdy grała, wydawało jej się, iż cała natury ucichła i wsłuchiwała się w dźwięki wydobywające się z jej instrumentu. Przestałą nawet słyszeć odgłosów, rozrywanych przez wilki kilkanaście metrów niżej, ciał jej ofiar.
Kiedy skończyła, oczy Finroda były otwarte oraz wycelowane w jej kierunku. Patrzył ze łzami w oczach na swą piękną Ireth. Powiada się, iż była to jedyna chwila w historii świata, kiedy policzki elfa dotknęły jego łzy. Odstawiła flet i z całych sił przytuliła ukochanego. Widząc jego konsternację, szepnęła jedynie - "później Ci opowiem, musimy stąd uciekać mieszkańcy pobliskiej twierdzy zaniepokojeni brakiem kontaktu z Raleigh, mogą wkrótce rozpocząć poszukiwania".
Oboje zeskoczyli z drzewa i nie zważając na wilki zaczęli biec w stronę swojej wioski, po drodze wchodząc jeszcze na kilka drzew, aby rozejrzeć się po okolicy oraz spróbować podkraść nieco ptasich jaj na kolację. Do wioski dotarli krótko po zmroku, w sam raz ma rozpoczynającą się właśnie elfią biesiadę, na której świętowali do rana, swój szczęśliwy powrót. Skrępowany korpus lokalnego barda leżał, jak zawsze w takiej sytuacji w pobliskiej świńskiej zagrodzie.
Źródła nie są jednoznaczne co do dalszych losów opisywanej elfiej pary. Niektóre podają, iż niedługo po opisywanych wydarzeniach odbył się ich hucznych ślub, a następnie narodziny pierwszego z ich ośmiorga dzieci. Inne z kolei piszą, iż związek nie przetrwał rutyny oraz codzienności i przestali się dogadywać, aż w końcu Ireth zamordowała Finroda tym samym, magicznym fletem, którym wcześniej wskrzeszała go do życia.
Pewnie nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę. Ważne, abyśmy jednak pamiętali, iż czasem proste sposoby pozwalają nam czynić rzeczy wręcz nieprawdopodobne...
English text will be prepared on request. ;-)