
Stefan Gołębiowski

Teresa Budzich-Sumirska
Rodzinne wspomnienia
Seria skrytek poświęcona wydarzeniom i miejscom powiązanym z rodzinami Wilhelmów i Budzichów. Dwóch rodzin, które znacząco przyczyniły się do rozwoju niewielkich Brudnic oraz sąsiedniego Lubowidza i Żuromina.
[PL]
"Przed rokiem odwiedził mnie w Brudnicach pan Adam Ejnik z grupą młodzieży z żuromińskiego liceum. Uczniowie zadali mi pytanie : Jakie są pani wspomnienia ze szkoły? Moja odpowiedź bardzo ich zaskoczyła: „Nie mam z tego okresu wielu wspomnień, bo do szkoły chodziłam tylko przez dwa lata i bezpośrednio potem zdałam na studia do Szkoły Głównej Handlowej (SGH) w Warszawie.” Z dzisiejszej perspektywy może to wydawać się dość dziwne, ale w czasach mojej młodości system oświaty dopuszczał różne sposoby zdobywania wykształcenia. Część moich znajomych nigdy nie chodziła do szkoły podstawowej, ani do gimnazjum, a jednak ukończyli wyższe uczelnie. Jak to możliwe? Pozwolę sobie potraktować ten temat nieco szerzej.
W Polsce międzywojennej był obowiązek uczęszczania do szkoły powszechnej, ale można też było uczyć się w domu, pod warunkiem, że w końcu czerwca będzie się zdawało eksternistycznie egzaminy ze wszystkich przedmiotów. W latach szkolnych 1937/38 oraz 1938/39 zdałam takie egzaminy w Lubowidzu. Przygotowywała mnie do nich guwernantka. Taka forma edukacji była praktykowana we wszystkich znanych mi domach ziemiańskich, ale dotyczyła tylko dziewcząt. Trzech moich braci chodziło do siedmioklasowej szkoły powszechnej w Żurominie.
Z chwilą wybuchu wojny, wypędzenia nas z domu i przejęcia majątku przez Niemców schroniłyśmy się z mamą po drugiej stronie rzeki, w starym dworze Wilhelmów, i moją edukacją zajęła się mama osobiście. Niestety, efekty tej nauki był opłakane, gdyż mama nie potrafiła utrzymać dyscypliny (ojciec w tym czasie ukrywał się w okupowanej Warszawie). Wtedy Stefan Gołębiowski z Bieżunia, mój brat cioteczny, oświadczył mamie: „Ciociu, tak dalej być nie może. Zabiorę Renię do siebie i będę ją uczył wszystkich przedmiotów, ale pod kilkoma warunkami:
- Będziemy przerabiać po 2 klasy rocznie.
-Renia nie może mieć więcej ferii niż 1 miesiąc wakacji, 1 tydzień na Boże Narodzenie i 1 tydzień na Wielkanoc.
-Wszelkie inne kontakty z rodziną zostaną ograniczone do bezwzględnej konieczności, żeby nie zakłócać ustalonego rytmu nauki”
Przez pięć lat mieszkałam u Stefana Gołębiowskiego i był to okres najcięższej pracy w całym moim osiemdziesięcioletnim życiu. Stefan - polonista, nauczyciel, poeta i tłumacz poezji klasycznej, a po wojnie dyrektor liceum w Bieżuniu – był zwolennikiem żelaznej dyscypliny, spartańskich warunków życia, benedyktyńskiej pracy i nieustannego ćwiczenia woli. Był też wspaniałym człowiekiem.
W latach 1941-1946 każdy mój dzień wyglądał następująco: 6.30 powtórka słówek łacińskich i francuskich; 7.00 mycie się i śniadanie; od 8.00 do 13.00 lekcje ze Stefanem, potem obiad i od 14.00 odrabianie zadanych lekcji. Od 17.00 do 19.00 czas wolny i kolacja. Dalej czytanie lektur do 23.00 i sen. Niestety, byłam wiecznie niewyspana, bo mój nauczyciel zaczynał dzień już około 4 nad ranem. Na głos deklamował rzymskich poetów lub tworząc wiersze, zapisywał je po ciemku. O świcie dokonywał korekty, sprawdzając wszystko w słownikach piętrzących się na krześle obok jego łóżka. We wrześniu 1946 roku na podstawie ręcznie wystawionej cenzurki ze wszystkich przedmiotów zostałam przyjęta do Liceum Ogólnokształcącego w Sierpcu, gdzie po dwóch latach zdałam maturę. Te dwa lata szkoły wspominam jako okres eksplozji wolności! W tym czasie niebywałej dla mnie swobody interesowały mnie głównie sport, taniec, życie towarzyskie oraz pierwsza miłość. Na szczęście zapasy wiedzy, którą zdobyłam u Stefana, były absolutnie wystarczające do zdania na każdą wyższą uczelnię. Braki miałam jedynie w języku francuskim. Traf chciał, że do Brudnic na wakacje przyjechała z Krakowa siostra żony Boya- Żeleńskiego i w ciągu dwóch miesięcy dzięki jej pomocy opanowałam na tyle język, że ciężki egzamin z francuskiego u pani prof. Koźmińskiej zdałam na 4.
Lata nauki w „bieżuńskim Sabinum” u Stefana Gołębiowskiego dały mi nie tylko duży zasób szkolnych wiadomości i wiarę, że ciężką pracą wiele można osiągnąć, ale też rzecz najważniejszą – rozbudziły zainteresowania i głód wiedzy na całe życie. Dzisiaj, mając 80 lat, staram się wciąż aktywnie żyć, czytać książki i prasę, zdobywać nowe doświadczenia. Przeczytałam gdzieś, że umysł można rozwijać do 94 roku życia. Cóż za wspaniała perspektywa!"
Teresa Budzich-Sumirska
O edukacji