Legenda O Srebrnej Syrenie i Zajączku Złocienieckim
Było to bardzo dawno. Może czterysta, a może pięćset lat temu. Na wyspie, na jeziorze Siecino, leżało kilka głazów, na których lubiła wygrzewać się srebrna Syrena. Rybacy, łowiąc ryby w jeziorze, widywali ją niejednokrotnie. Zwykle czesała swoje bujne włosy i śpiewała pięknym, melodyjnym głosem nieznane rybakom pieśni. Pewnego razu w czasie niepogody, srebrna Syrena wpadła razem z rybami do rybackich sieci. Rybacy przestraszyli się niezwykłego połowu. Złowiona Syrena miała srebrzyste z zielonkawym odcieniem ciało, przepiękne piersi ramiona. Złotoblond włosy lśniły wszystkimi odcieniami słonecznych promieni, a dół tułowia, zakończony rybim ogonem z rozdwojonymi płetwami, połyskiwał wszystkimi kolorami tęczy.
Wyciągnięta na brzeg, omotana sieciami Syrena, zaczęła prosić rybaków o uwolnienie. Prosząc o darowanie wolności, pięknie śpiewała. Rybacy, oczarowani śpiewem, byli skłonni wypuścić ja do jeziora, ale sprzeciwił się temu proboszcz kościoła w Cieszynie. Widocznie chciał się przypodobać biskupowi w Kamieniu Pomorskim i dlatego postanowił nawrócić pogańską boginię na wiarę chrześcijańską. Syrenę uwięziono w kadzi z jeziora i zawieziono do miejscowego kościoła. Od tego dnia proboszcz uczył ja modłów, przykazań i pieśni kościelnych.
Niespodziewanie dla wszystkich, coś dziwnego zaczęło się dziać w jeziorze. Ryby pochowały się w wodnej otchłani. Przy brzegach nie ostał się nawet ślad okonia, leszcze czy marnej płoci. Nawet raki gdzieś się zapodziały. Grodowi Złocieniec, a zwłaszcza rybakom w Cieszynie, zagroził głód i niedostatek. Ludzie zaczęli szemrać. Proboszcz trwał w uporze. Pewnego dnia skropił Syrenę święconą wodą i wtedy przejmujący śpiew, pełen tęsknoty i żalu, zatrwożył mieszkańców wsi. Syrena, zamknięta w murach kościoła, zawodziła tak rozpaczliwie, że słuchającym ludziom truchlały serca, szczególnie nocami.
Pewnego dnia rybacy nie wytrzymali i chwycili za topory. Porąbali drzwi wejściowe do kruchty, chcąc uwolnić Syrenę z rak księdza. Niestety, było już za późno. Kiedy rybacy wtargnęli do zakrystii, Syreny już nie było. Kadź stała pusta. Zajęci rozbijaniem drzwi, nawet nie zauważyli wybiegającego zająca, który co sił w nogach mknął w kierunku Złocieńca.
Różnie później o tym niezwykłym wydarzeniu mówili ludzi. Jedni, że to bożek Trygława, inni, że diabeł lub czarownica ulitowali się nad rozpaczającą Syreną i zamienili ją w zajączka, ażeby ułatwić jej ucieczkę z kościoła w Cieszynie.
Uciekający zając, już po paru kilometrach, zaczął rozpaczać. Nie mógł pogodzić się z tym, że już nigdy nie będzie wspaniałą, srebrną Syreną pływającą w głębinie Jeziora Siecino, lecz stale uciekającym przed swoimi wrogami zającem. Biegł przed siebie i płakał złorzecząc czarownicy.
Dobiegł wreszcie na skraj lasu. W oddali widać było zamek i mury obronne Złocieńca. Tu właśnie dosięgła niewdzięcznego zajączka złość czarownicy. Za karę zamieniła go w kamień.
Stoi tam jak drogowskaz i uszami pokazuje podróżnym dwie drogi wiodące do miasta.