Jakżem zobaczył że GC6K1PW zniknął to tak mi ciśnienie z nerwów skoczyło, że aż serca trójskoków dostałem i musiał Wujo Zbychu mnie z liścia ostro trzepnąć, cobym się w szale opamiętał. Trochę pretensji do niego miałem że mnie tak fizycznie na glebę sprowadził, ale ten jak zwykle morałem mi sypnął, że jak się człowiek na prawdziwym bólu skupi, to mu z mózgowiny głupie myśli wnet parują. Oj mądry on, mądry, bo mi w mig nerw przeszedł i aż ciotka musiała mnie siłą odciągać jak się do jego całowania dłoni rzuciłem. Trochę się dziwiłem (bo mi nigdy nie broniła), ale się sprawa wydała jak zobaczyłem drzwi uchylone w wucecie. Dopiero wczoraj się z żałoby po keszu obtrząsłem jak sobie z Ełrekom pionę przybiłem, że tak teraz nowego kesza schowam, że go nawet myśliwski bultweiler po trzeźwemu nie znajdzie. A z poprzednim to się okazało, że jak pisałem, pies Wuja Zbycha wyczuł że kesz mną wania i jak na spacerze byliśmy to go brutalnie pożarł! Magnetyk był jak wiecie i nic bym się nie domyślił, tylko jak się Burek z warsztacie przespał i wstał, to mu się metalowe podkładki za brzuchem ciągnęły. Teraz na wsi wołamy go Żelazny Burek, a jak na targu żem magnetyczność jego ludziom pokazał, to aż mi grosz zaczęli pod nogi rzucać. Od razu chciałem jakiegoś neodyma połknąć i trochę kaski jak Burek zarobić, ale mi się od razu ślad wujowego liścia na twarzy uaktywnił a tej przygody powtarzać bym nie chciał. Ciotka podsumowała że ze mnie niezły pies Pawłowa i mi o jego badaniach poopowiadała i ja teraz tak sobie myślę, że czasem ludziom bardziej do psa bliżej niż do małpy. Ciotka wspomniała też o wężach, osłach, mułach i lisach, ale ja jak zwykle za nią nie nadążam. Coś ona nie zauważa że ja głowy do myślenia specjalnie nie mam i mnie tymi morałami i filozofiami zanudza. Ta gokeczerka to fajne hobby, bo się dużo można na keszach dowiedzieć. Ja pamiętam, że jak zupełnie młody byłem to się owocami morwy opychałem aż brzuch bolał a gęba na granatowo świeciła przez dwa dni najmniej aż do kościoła wstyd było chodzić. Tutaj keszynkę wedle drzewa morwowego ukrywam. Ta ma granatowe owoce, ale jest też morwa z białymi owocami tak samo dobra, tylko się człowiek dziwnie czuje bo myśli, że to niedojrzałe. Liści nie próbowałem, ale jest ciekawa Józka Machlojskiego historia, że jak liści morwowych nasuszył i z nich skręta zrobił, to mu się rzeczywistość obcieła i krzyczał, że mu spod krzyża jakaś nić się ciągnie i że się w owada jakiegoś zamienił i że w ciasnej klitce zamknięty siedzi i żebym go wyciągnął. Nawet trzaśnięcie liściem nie pomogło i czekać musiałem aż się z niego zadyma ulotni. Śmy potem sprawę naszej bibliotekarce wywlekli a ta nam dała książkę do poczytania. A tam o jakiś jedwabnikach było, co się liściami morwy obżerają a potem kokony robią co w jednym jest 1,5 kilometra takiej nici, co z niej się ubiory robi.

Kurde, jakby Józek w takich jedwabnych galotach na siłkę wyskoczył, to by go chyba trener śmiechem zabił albo przychodzić zabronił, bo sztangi wyciskać by nikt nie mógł tylko by się na niego gapili.

Za to na lasencje w takich ciuszeczkach to bym sobie popaczył... no ale kończyć muszę bo marzenia marzeniami a praca na polu wzywa - Wujo Zbycho mówi, że jak sobie pracą na obiad nie zasłuży to mu nie smakuje. Głupi jestem przy nim jak małpa, ja bym najlepiej dużo jadł a nie pracował.
Pozdrawiam Gokeczerów i znów dzienx dla Słabego za wrzutkę obrazkówna na neta.
Peeska: Słaby obiecał że mnie nauczy jak robić wrzutkę grafiki co się za następnym keszem okaże. Doskonalić się trzeba i szlifować zdolności a ja czuje że w necie się mogę jak ten diament dotrzeć.