Było to gdzieś koło dwunastej w nocy,
było już dość późno, na zewnątrz raczej chłodno, a wrony nad głową skrzeczały,
widziałem szklany biurowiec, dwojga nazw, a bruk oświetlało palące się światło,
było podobnie gdzieś pod Krakowem, w zasadzie daleko na jego przedmieściach,
obok luksusowego hotelu, co swoją nazwą aspirował gdzieś dalej niż polska wieś,
biegł tędy najdłuższy ponoć, ale tak naprawdę drugi w kolei trakt do miasta,
mijał świątynię wyniosłą, co krzyż miała o ośmiu końcach
oraz
miejsce tajemnicze, gdzie kiedyś miał upaść meteor.
Ale ja zmierzałem już w stronę budzącego się słońca,
niczym kolonialni odkrywcy w stronę świata nieznanego, nowego,
po amatorsku żeglowałem swym pojazdem w stronę tradycji,
jak francuski marszałek patrzyłem w stronę jaśniejącego horyzontu,
niczego jednak tam nie widziałem, absolutnie niczego,
czułem jednak, że właśnie aż do tego miejsca nadeszła bolszewicka nawała,
wykształcona w zaciszu koszar, by nowe ziemie zająć.
I obudziłem się nagle,
nisko pod drzewem
ze skrytką w ręku.