Przy cmentarzu w miejscowości Nasutów stoi pomnik poświęcony rozstrzelanym w czasie wojny mieszkańcom wsi i okolicy. W 75 rocznicę tragedii został odsłonięty pomnik.
Wydarzenia miały miejsce 3 września 1943 roku.
Na początku września 1943 roku w Lasach Kozłowieckich kwaterował oddział A.K. pod dowództwem Tadeusza Sowy ps. ”Spartanin” z Bychawy i część Oddziału ppor. Szarugi (Aleksandra Sarkisowa). Razem oddział liczył 50 partyzantów. Odbywali oni ćwiczenia bojowe, które prowadził plutonowy Cięciwa z oddziału „Spartanina”.
Dnia 2 września 1943 roku około godziny 22.00 oddział 14 partyzantów pod dowództwem plutonowego Cięciwy, niepostrzeżenie wkroczył do wsi Nasutów. Mieli ze sobą broń maszynową. Przybyli oni od strony lasu gościńcem dąbrowickim. Partyzanci weszli do wsi i zatrzymali się przy sklepie Szczepana Marczaka. Poprosili o przygotowanie kolacji. Zamówili jajecznicę z kiełbasą. Weszli do mieszkania przy sklepie, zostawiając dwóch kolegów na warcie. Byli to „Niedźwiedź” i „Cięciwa”. Pozostawieni mieli ze sobą broń maszynową.
Kiedy partyzanci szykowali się do kolacji, niespodziewanie zajechała furmanka z Niemcami, którzy stacjonowali w Ciecierzynie, bo tam znajdował się posterunek policji Schutzpolizei. Przebywało tam na stałe 12 oraz kilkunastu zmieniających się Niemców.
Stojący na warcie „Niedźwiedź” podbiegł do furmanki z okrzykiem „Ruki w wierch” – ręce do góry. W tym czasie nadjechała druga furmanka z Niemcami. Niemcy otworzyli ogień. Z domu Marczaka wybiegli pozostali partyzanci, rozegrała się bitwa, w której zginęło dwóch partyzantów (Zental i „Niedźwiedź”) oraz dwóch Niemców.
Wśród ludności Nasutowa zapanował strach.
Bitwa, tak jak szybko się zaczęła tak i szybko się zakończyła. Partyzanci uszli w kierunku lasu i skryli się w stodole rolnika Szczygła Piotra.
W środku nocy do wsi przybyła niemiecka ekspedycja karna. Przyjechali samochodami z posterunków w Lublinie i w Lubartowie. Podpalili wiatrak, który stał w pobliżu miejsca potyczki. Do pożaru przybiegli strażacy i inni mieszkańcy Nasutowa. Każdy, kto podszedł do płonącego wiatraka został aresztowany.
Niemcy zaprowadzili wszystkich zatrzymanych na plac, gdzie przed północą toczyła się bitwa. W grupie tej było 10 dorosłych i jedno dziecko - 7 letni Zdzicho Marczak. Błagania rodziców o uwolnienie dziecka nie przyniosły rezultatu. Wtedy jeden z aresztantów – Gruda Ignacy, podszedł do grupy Niemców i poprosił o uwolnienie chłopca. Wówczas jeden z żołnierzy niemieckich obrócił się do proszącego Grudy i powiedział: zwanzing fur zwei (dwadzieścia za dwóch). Po tych słowach podszedł do przerażonego chłopca, chwycił go za ramię, pchnął i nakazał uciekać. Chłopiec szybko pobiegł do domu.
Nadszedł wrześniowy ranek. Niemcy poprowadzili zakładników w kierunku lasu, traktem na Dąbrówkę. W grupie było 12 osób. Na górce, gdzie dziś jest cmentarz, Niemcy kazali się zatrzymać, rozkazano, aby uklęknąć, a następnie położyć się twarzą do ziemi, przysłaniając przedramieniem oczy. Padły strzały. Mordercy celowali w głowę, oddając po trzy strzały do Polaków. Następnie przystąpiono do sprawdzenia efektów egzekucji. Jeśli ofiara się poruszyła, uniosła głowę, dobijano ich dodatkowym strzałem.
Gdy Niemcy odeszli z miejsca egzekucji, dwaj mężczyźni podnieśli się i uciekli w kierunku lasu. Byli to Jan Woźniak z Nasutowa oraz Edward Grysiewicz, blacharz z Lubartowa.
Jan Woźniak tak relacjonuje to zdarzenie: Kiedy kule trafiały w moje ciało odczułem ból, którego nie sposób wyrazić słowami. Ból był niesamowity. Straciłem przytomność. Nie wiem jak długo leżałem i co się działo wtedy. Kiedy Niemcy kawałek odeszli, podnieśliśmy głowy we dwóch, spojrzeliśmy na siebie. Drugi to był blacharz z Lubartowa. Niemcy patrzyli na nas, a my na nich, widzieli, że się podnieśliśmy. Ostatnimi siłami uciekaliśmy w kierunku lasu.
Informacje cytuję za stroną internetowa gminy Niemce, do której Nasutów administracyjnie należy. Więcej w tym nazwiska wszystkich ofiar tu.
Kesz to pojemnik trochę węższy niż plusz. Wiąże się z nim keszerska historia. Oryginalnie był on umieszczony przy skrytce GC7KNF (drzwi do lasu). Kiedy tam odkryłam brak kesza w opisanym miejscu, skontaktowałam się z właścicielem i zaoferowałam umieszczenie nowego kesza. Po jakimś czasie będąc z wizyta serwisową niespodziewanie znalazłam oryginalny pojemnik z logbookiem na ziemi. Logbook przełożyłam do nowego, a ten postanowiłam wykorzystać w innym miejscu. Po ubraniu go w maskowanie adekwatne do miejsca. Brak długopisu.