Witajcie!
został mi jeszcze jeden cash więc postanowiłem go schować w moim ulubionym miejscu w lesie!
często przesiaduję przy drzewie, albo na konarach drzew (super miejsce!)
Nie, to nie będzie o pozycji mostka, czyli urdhva dhanurasanie. Chodzi o taki drewniany mostek. W Lesie Kabackim. A historia z nim jest taka...
Wyszłam sobie dzisiaj pobiegać. Jak zwykle biegałam bez planu jeśli chodzi o trasę, czas, tempo. Tak po prostu - gdzie i jak mnie nogi, i myśli poniosą. I poniosły mnie do tego mostka. Nie wiedziałam o tym, że tam mnie niosą, dopóki nie zjawił się przede mną. Przebiegłam, zawróciłam, przystanęłam, zamyśliłam się.
Dawno, dawno temu... widziałam już ten mostek. W wigilię Bożego Narodzenia. Wybrałam się z koniem Bartnikiem do lasu. To miał być krótki spacer, bo przecież zaraz kolacja, te sprawy. Ale las był cały w śniegu (to nie była zeszłoroczna wigilia...). Wszystkie znaki szczególne zasypało. Było pięknie, biało i... wszędzie tak samo. No i zgubiłam się.
A tu robi się ciemno, w lesie nikogo (bo przecież wigilia). Tylko para Japończyków z aparatem fotograficznym. A jak już jesteśmy przy elektronicznych gadżetach - tak, miałam komórkę, ale zero zasięgu.
Kiedy doszłam do tego mostka, doszłam też do wniosku, że sytuacja jest raczej beznadziejna. Nie mam pojęcia, w którą stronę iść. Nigdy wcześniej tego mostka nie widziałam. Bartnik też go nie widział i nie życzył sobie, żebyśmy przez niego przechodzili.
No dobra. Zawróciłam do najbliższego rozstaju, oddałam koniowi wodze, mówiąc: Ratuj! Zrobił się mokry w sekundę, choć było minus pięć. Wybrał jedną drogę, poszlismy nią kilkadziesiąt metrów. Zawrócił. Znaleźliśmy się znowu na tym samym rozstaju. "Pomyśl jeszcze raz, proszę" - błagam go. Pomyślał. Wybrał drugą ścieżkę i... 20 minut później byliśmy w stajni.
Morał? Mi przyszedł do głowy taki: Kiedy się pogubisz, wyluzuj. I spytaj o drogę kogoś, kogo kochasz.
(informacje ze strony info o mostku!)