(PROSZĘ O WYCIĄGANIE Z KESZA TYLKO SAMEGO LOGBOOKA, BEZ POJEMNIKA)
Zapraszam na spacer ścieżką keszową na Osobowicach wzdłuż strumyka Trzciana oraz ulicy nazwanej imieniem Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
Seria rozpoczyna się niedaleko ogródków działkowych, a kończy w pobliżu Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt we Wrocławiu.
Kesze to mikro pojemniki ukryte na kordach, z maskowaniem dopasowanym do środowiska ;) 🪲
Proszę wziąć coś do pisania i dobrze zamykać pojemniki na logbook. W środku każdego kesza znajduje się cyfra, potrzebna do zdobycia bonusowego pojemnika.
Wzór na kordy do dodatkowego pojemnika:
N 51° 0 (A+B), (130+F-G)'
E (22-E)° 0,0 ([Dx13]+C)'
Powodzenia!
Kilka słów o Janie Nowaku-Jeziorańskim (cz. 5):
„Całe moje życie wojenne to łańcuch cudownych ocaleń” wyznał Jeziorański w jednym z wywiadów. Nie ma w tym krzty przesady. Wiele jego „przygód” z okresu podziemnej walki zasługiwać może na scenariusz filmu wojennego. Jednak najważniejsza z misji Jeziorańskiego miała niewiele wspólnego z przygodą, była najbardziej gorzkim doświadczeniem Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
W nocy z 25 na 26 lipca 1944, na pokładzie samolotu Dakota wyruszył z bazy lotniczej w Brindisi na południu Włoch. Po kilku godzinach wylądował w pobliżu Tarnowa. Jeziorański wspominał: „co za przeskok gwałtowny z jednego świata w drugi w ciągu jednej nocy [...] Ot jeszcze kilka godzin temu pędziliśmy jeepem na lotnisko po asfaltowej szosie, rozżarzonej południowym włoskim słońce. [...] A teraz o to wleczemy się chłopską furmanką po piaszczystej leśnej drodze”.
W podróży do Warszawy zatłoczonym pociągiem przysłuchuje się rozmowom pasażerów: „uderza to, że w rozmowach nie słyszę ani jednego słowa na temat co będzie, gdy miejsce Niemców zajmą Sowieciarze”. Jeziorański dotarł do Warszawy jako ostatni emisariusz przed wybuchem powstania. Miasto wydaje mu się wielką beczką prochu. W ciągu kolejnych kilku dni spotyka się z dowódcami AK i władz cywilnych. 29 lipca zdaje raport przed Komendantem Głównym i dowódcą Okręgu Warszawskiego. W trakcie spotkania poufnie przekazuje generałowi Pełczyńskiemu swoją ocenę sytuacji przestrzegając przed wybuchem powstania. To wówczas padły słynne słowa: „Jeżeli <Burza> w Warszawie została pomyślana jako demonstracja polityczno-wojskowa, to nie będzie ona miała żadnego wpływu na politykę sojuszników, a jeśli chodzi o opinię publiczną na Zachodzie, będzie to dosłownie burza w szklance wody”. Pełczyński odpowiada, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji zajęcia Polski przez Sowietów, podkreślając jednak, że wszyscy muszą wypełnić swój obowiązek do końca”. „Wychodziłem z mieszkania na Śliskiej z ciężkim sercem”. Spotkanie uświadomiło Jeziorańskiemu głębię tragedii w jakiej znalazła się sprawa polska. Co gorsza stwierdził, że „misja była spóźniona, mogła co najwyżej pogłębić jeszcze bardziej wewnętrzną rozterkę tych ludzi w chwili, kiedy każda decyzja była zła”.
Jeziorański w Warszawie nabrał pewności, że dowództwo AK przestało brać pod uwagę decyzje podejmowane w Londynie i działa wyłącznie na własną rękę. Tego samego dnia spotkał się z Delegatem Rządu na Kraj. Stanisław Jankowski wysłuchuje raportu Jeziorańskiego i stwierdza, że wybuch powstania w Warszawie jest nieunikniony: „niech pan sobie wyobrazi – użył w tym miejscu plastycznego porównania – człowieka, który przez pięć lat rozpędza się do skoku przez jakiś mur, biegnie coraz szybciej i o krok przed przeszkodą pada komenda: stop! On tak się już rozpędził, że zatrzymać się nie może. Jeśli nie skoczy rozbije się o mur. Tak jest właśnie z nami”.
źródła: dzieje.pl, polskieradio.pl
CDN