Kiedy słońce zaczęło zachodzić, kotek uznał, że czas wracać.
I wtedy zrozumiał coś bardzo ważnego:
Wchodzenie na drzewo jest łatwe. Schodzenie - niekoniecznie.
Migdałek próbował tyłem.
Próbował przodem.
Próbował bokiem, co wyglądało bardziej jak taniec niż zejście.
W końcu usiadł na gałęzi i zamiauczał tak żałośnie, że nawet gawron pokiwał głową ze współczuciem.
Na szczęście usłyszał go jego człowiek — mała dziewczynka o imieniu Kasia.
Podbiegła, wyciągnęła ręce i zawołała: — Migdałku, skacz! Złapię cię!
Kotek zaufał.
Skoczył.
Wylądował miękko w jej ramionach, a potem wtulił się w nią, mrucząc jak mały silniczek.
Od tamtej pory Migdałek nadal wspinał się na drzewa — ale tylko wtedy, gdy Kasia była w pobliżu.
Bo każdy odkrywca potrzebuje swojego bohatera na dole.