Skip to content

ŚPW#2 "Oleńka" Traditional Cache

This cache has been archived.

Katniss81: Uzyskaliśmy zgodę na wykorzystanie materiałów pod warunkiem podania źródła tekstu, wolimy nie łamać polskiego prawa o własności intelektualnej. Skrzynka do kosza.

More
Hidden : 8/8/2018
Difficulty:
2 out of 5
Terrain:
1.5 out of 5

Size: Size:   micro (micro)

Join now to view geocache location details. It's free!

Watch

How Geocaching Works

Please note Use of geocaching.com services is subject to the terms and conditions in our disclaimer.

Geocache Description:


Świadkowie Powstania Warszawskiego

 

Jest to mini seria umieszczona w przypadkowym miejscu, ma na celu przybliżyć wam Powstanie Warszawskie widziane oczami jego Bohaterów. Seria powstała dzięki pomocy Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944 które udostępniło relacje świadków wykorzystane w opisach.Oraz Matasu która zainspirowała nas do tworzenia.

                                                                                                                             Dziękujemy.

       

 Barbara Bobrownicka-Fricze

ps. "Oleńka", "Baśka Wilta", "Wilia"

st. sierżant Armii Krajowej

zgrupowanie "Róg" ze Starego Miasta,

batalion "Bończa" 101 kompania

 

jeniec nr 141503, Stalag VI-C Oberlangen



   ...Muszę trochę cofnąć się w czasie. Myślałam, że nigdy o tym nie napiszę, że przecież nie ma takich słów w żadnej mowie na świecie, które by się do tego nadawały. Nie mogę pozbyć się tamtych obrazów. Może mi ulży, jak napiszę.          Wracam do dnia trzynastego sierpnia. Słonecznie. Jedna z sanitariuszek wpada na kwaterę. Czołg na Rynku zdobyty, wybiegamy. Jedzie. Ludzie w jednej chwili rozebrali barykadę, jakby ją zdmuchnęło. Przejechał. Barykada wróciła na swoje miejsce. Wszyscy się cieszą. Wracamy na kwaterę. Zachwiały się mury. Znamy i rozróżniamy bezbłędnie detonacje. Co to było? Wstrząsający huk. Ziemia przyniosła ku nam drżenie, powietrze tłoczy się w uszy. Co to? Nie ma odpowiedzi. Wybiegamy. Podpowiedź,spójrz w swoje odbicie. Dachy, kontury domów zatonęły w gęstych dymach. Biegnę, może jesteśmy potrzebne?          Jeszcze nie doszłam na miejsce wypadku, a już wiem. Czołg wyleciał w powietrze. Bomba zegarowa wewnątrz. Wypadek na Kilińskiego - tam nasz sanitariat. Wracam po nosze. Biegniemy. Co za widok! Nie sposób uwierzyć. Kurczę się ze zgrozy. Idziemy jak lunatyczki w oparach krwi, w osiadających pyłach zwalonych murów. Co za znienawidzony zapach, nie można się od niego uwolnić. Przed nami masa ludzkich ciał. Walające się nogi, ręce, kawałki ludzkiego ciała, krew, mózg w pyle i kurzu. Jęki, drgania rannych, rzężenie konających. Kałuże krwi wsiąkają w gruzy. Chłopcy bladzi z bronią pilnują porządku. Straszny jęk...          Krew, coraz więcej krwi, całe kałuże wsiąkają w gruzy. Krew na ścianach okolicznych budynków, z których przed chwilą odleciał tynk. I cały czas ten duszący, słodki zapach krwi- tego nie można wytrzymać. Nie wolno patrzeć oczom, bo wszędzie zgroza, bo w oknach strzępy ludzi, bo nogi ślizgają się w mózgu, wnętrznościach. Nie wolno słuchać, bo jęki wydobywające się z tej góry poszarpanych ludzi są nie do pojęcia, nie do przyjęcia, bo może się wydawać, że one wydobywają się z naszego wnętrza, z jakiejś nadludzkiej niepojętej grozy. Chodzimy prawie jak lunatyczki, pracujemy jak automaty. Co znaczy nasza pomoc. Wygrzebani spośród szczątków ranni, odnoszeni do szpitala, leżą w długich kolejkach do sali, do stołu operacyjnego. Ilu doczeka. Lekarze pracują bez wytchnienia już tylko przy świecach, bo wybuch czołgu zniszczył przewody elektryczne. Ilu rannych doczeka się swojej kolejki. Ile z tych dzieci, które cichutkie i blade leżą na ziemi. One nawet nie jęczą, nie płaczą. A może już nie żyją. Co za straszne rany. Tuż obok rannego bez nogi, leży człowiek - cały. Prędko. Obie nogi i ręce, nie widać obrażeń. Podchodzę, bo może... czyż może być jeszcze choćby iskierka nadziei? W pustej czaszce krwawe oczodoły, wyszczerzone zęby.          Ogarnia mnie jakaś zbawcza tępota, przestaję myśleć, przestaję istnieć. I to jest chyba ratunek. Muszę się przecież jakoś ratować.          Nie ma żadnych ludzkich uczuć: ani strachu, ani odwagi - całkowita bezwola. Z przyzwyczajenia dźwigam nosze. Toruję sobie drogę głosem, mówię do ludzi, których widzę i nie widzę. I tylko zbawienne poczucie obowiązku. Po iluś tam godzinach powrót na kwaterę. Obolałe członki, szum w głowie. Nie wolno sobie pozwolić na rozluźnienie. Bo one przecież także - moje dziewczęta.          Rozkazuję im jeść kolację. Bronią się. Ale ja wiem, którymś tam podszeptem natury, że nie wolno mi ustąpić. Sama jem kolację. I chociaż to było tak niedawno, nie pamiętam, co mogłyśmy jeść. Ale najważniejsze w tamtej chwili było pokonanie siebie. I nie było ani jednej łzy, ani jednej skargi. I poszłyśmy spać i zasnęłyśmy...

Źrodłó :http://www.sppw1944.org/

Skrytka:

Weź ze sobą coś do pisania.

Additional Hints (No hints available.)