Kesz zadedykowany jest autorowi Sagi o Wiedźminie i jego wszystkim naśladowcom. Mniej czy bardziej udanym. Tytuł wziął się z wywiadu z autorem. A reszta z okoliczności przyrody.
(...)
Nie ma pan poczucia, że rozprzedał pan swoją markę? Wiedźmin w serialu, w filmie, komiksie… Często w produkcjach o wątpliwej wartości. Może jest tak, że myślał pan: dam wam moją postać, róbcie z nią, co chcecie, byle byście zapłacili?
Tak do tego podchodziłem. Okazało się, że to był duży błąd, ale gdyby przyszło co do czego, to pewnie bym go powtarzał. Sam uważam się za zawodowca i gdy daję coś do ręki komuś, kto też uważa się za zawodowca, jestem trochę jak wzgórze i krzywa sosna. Naprawdę wzgórze i krzywa sosna nie powinny tłumaczyć malarzowi, jak ma je namalować. Pamiętam też casus Stephena Kinga, który doglądał scenariuszy, wybierał aktorów, ba, parę razy sam zagrał, a filmom to na ogół nic nie pomagało. Więc czy siedziałbym z ekipą, czy też nie, niewiele by to zmieniło. Kiedyś, na jakimś konwencie fantastyki, spotkałem Bruce’a Sterlinga, który powiedział mi, że jeśli tylko Hollywood nie obsadziło w roli głównej różowego pudla, to pisarz i tak wygrał. Zapamiętałem to i wedle tego postępuję. Może zabrzmi to wielce nieartystycznie, ale jeśli przyjdzie do mnie ktoś i zaproponuje mi przerobienie kolejnego dzieła na billboard w drodze na Łomianki, to się zgodzę, bo muszę mieć z czego płacić komorne.
rozmawiał Mariusz Czubaj, „Polityka” nr 51/52 (2585) z 23 grudnia 2006 r
Był świt. Mgła niczym tuman niewiedzy otulała okolicę zasłaniając przed oczami wiedźmina nie tylko trakt do Novigradu, ale nawet ogon ukochanej Płotki.
- Płotka, chyba dziś nie będzie obiadu. No zaraza!
Rozejrzał się i zaklął. Drogą z przeciwka ktoś nadjeżdżał. Na jakiejś podłej chabecie.
Postać była coraz bliżej i bliżej i już można było dojrzeć nawet pióro zawiadiacko zaczepione na kapeluszu. Wiedźmin znał ten kapelusik i to pióro, słynne od Buiny pod Jarugę, znane po dworach, kasztelach, zajazdach, oberżach i zamtuzach. Zwłaszcza zamtuzach.
- A kogo me oczy widzą! Gdzie diaboł nie może tam poetę pośle. Jaskier!
- A witaj Gwyn... dwyn... gwint... cholera jak to było? No Biały Wilku.
Wiedźmin uśmiechnął się paskudnie i nieszczerze na te słowa.
- Co tu porabiasz?
- Ano traktu szukam, tylko wszędzie ta mgła i nic nie widać. Okowity, kobiet i sponsora też szukam.
Wiedźmin uśmiechnął się jak zwykle paskudnie.
- Widzisz Jaskier, w tym królestwie wszystkie karczmy pozamykane, bo edykt królewski głosi, by wierzeje przed zarazą Covida zawrzeć. Jakby nie wiedzieli, że każdy wiedźmin ma imunitet. I karą chłosty chłopstwo straszą, ino który nos z chałupy wystawi. Oj ciężkie to czasy. Chyba tu nic po nas.
- To co ja tu jeszcze robię? Jedziemy wiedźminie do Nilfgaardu, oni się nie boją niczego. Tam musi być jakaś cywilizacja.
Wiedźmin uśmiechnął się nieco mniej paskudnie.
- Tylko dokąd? Nic nie widać.
- To pojedziemy przed siebie i się zobaczy.
I pojechali.
Kilka chwil potem we mgle zamajaczył im dziwny wielki kształt zmieniający swój kształt w falującej mgle. Dziwne pstrokate wzory na jego powierzchni aż raziły w oczy, a wielki symbol stalowego wilka podobny nieco do różowego pudla, otoczony runami aż świdrował mózg. Zdawało się, że to coś żyje.
Podjechali bliżej. Ich oczom ukazał się wielki przydrożny szyld.
- Zrodzony ze strachu. Wiedźmin - przeczytał poeta.
Wiedźmin uśmiechnął się bardzo paskudnie. I całkiem sprawnie złożył palce w Znak Aard.
Baaaammm...
Szyld zniknął, zostały w ziemi tylko jakieś kikuty.
- Nie będą skur*ysyny moim imieniem po gościńcach kupczyć. Jedziemy stąd Jaskier.
I mijając drogowskaz z wykaligrafowanymi pięknymi runami "Łomianki 10" i wielką metalową szubienicą nad gościńcem, udali się w przeciwnym kierunku.
Uśmiechając się paskudnie, jak to wiedźmini mają w swoim zwyczaju.