Całymi dniami keszuje (z krótką przerwą na pracę),
śniadania nie je - bo kto mu na kordy przyniesie tacę?
W przerwie na lunch wyskoczypo FTF-a lub dwa,
bo tak się szczęśliwie składa, że w sumie blisko ma.
Obiad by w sumie zjadł, niestety, nie ma czasu,
bo musi po te nowe zagadki jechać do lasu.
Podwieczorek, kolacja? No, ssie trochę w żołądku,
ale przecież ten event dziś jeszcze na porządku.
Znajomi wciąż się dziwią, jak szybko tyle schudł.
A wyjaśnienie jest proste - keszerska dieta-cud!